Hańcza pod lodem 2012

W dniach od 17 do 20 lutego br. zorganizowaliśmy wyjazd do najgłębszego polskiego jeziora Hańcza. Można powiedzieć, że było jak zwykle: dużo chętnych deklarowało wyjazd, ale tylko trzon w liczbie siedmiu osób wyruszył w czwartkowy wieczór w długą podróż na północno wschodni kraniec Polski. Samochody kombi były wypełnione absurdalną wręcz ilością sprzętu.

Zakwaterowanie oraz posiłki mieliśmy już w sprawdzonym miejscu, czyli w Sienkiewiczówce, gdzie Pani Irena Sienkiewicz jest mistrzynią w sprawianiu, żeby każdy z nas miał problemy z poruszaniem się po zjedzeniu jej przepysznych dań.

Piątek – dzień I

Po odespaniu trudów podróży i pysznym śniadaniu rozpoczęliśmy odprawą przygotowania do pierwszego dnia nurkowego. Po zgromadzeniu sprzętu lodowego oraz konfiguracji szpeju, tak by spełniał wymogi nurkowań pod lodem, udaliśmy się wykonać przerębel. Chcieliśmy zrobić go w okolicach pierwszego parkingu, jednak dojazd tam z powodu zalegającego śniegu i lodu okazał się bardzo trudny. Na szczęście w naszych szeregach był Bartek ze swoim samochodem, wypada wspomnieć, iż mówi do niego per „Dziunia”. Jednak nawet napęd 4×4 nie pomógł. Dziunia się poddała.
Udaliśmy się zatem inną drogą w pobliże brzegu jeziora i tam zgodnie z kanonami dobrej praktyki nurkowej przygotowaliśmy przerębel. Sonda wędkarska w tym miejscu wskazała 9,5 metra.
Po podziale na grupy i wyznaczeniu asekuracji oraz linowego wykonaliśmy w zespołach nurkowanie, które zaowocowało nowymi doświadczeniami oraz pozwoliło zawstydzić sondę.
Ponieważ niespodziewanie zaczęło się ocieplać, było juz wówczas tylko -11 C, po zabezpieczeniu odpowiednim naszego przerębla, udaliśmy się na obiad.
Popołudnie minęło szybko i ani się obejrzeliśmy jak zapadł wieczór, który w scenerii pięknej, mroźnej zimy musiał zostać uczczony integracją. Do historii przejdzie nauka gry w mafię, która okazała się bardzo skomplikowaną, czy też gra w odgadywanie postaci… W odgadywaniu obłędna okazała się Magda – męcząca temat bycia celebrytką, czy też Jakub G. – niedoszły prezydent Kuby – kto był, ten wie, o co chodzi. Ja również mialem nie lada orzech do rozgryzienia. W doskonałych nastrojach, choć na pewno zmęczeni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Sobota – dzień II

Wstaliśmy skoro świt, bo plan tego dnia był napięty: śniadanie, nowy przerębel z głębokością 100 m, nurkowania rekreacyjne a później narty w Szelmencie.
Jak się później okazało, tylko część udało się zrealizować.
Po wcześniejszych obawach dot. poruszania się po zamarzniętym jeziorze samochodami – dziś postanowiliśmy poskromić mit. Zaczęliśmy poruszać się po lodzie samochodami – tylko Dziunia narazie jakoś tak nieśmiało spoglądała z brzegu.
Pierwszy problem ze znalezieniem odpowiedniej głębokości spowodowany był błędem sondy, która miała trudności ze zbyt dużą głębokością jeziora i zamuleniem jego dna.

Małych otworów umożliwiających zanurzenie sondy wykonaliśmy aż 12. Pewnie ćwiczylibyśmy dalej, gdyby nie pomoc miejscowego instruktor nurkowania Adama Słuckiego z Augustowa, który bezbłędnie wskazał miejsce – 107 metrów.

W tym miejscu, Adam, serdeczne dzięki za wsparcie!

I znów ta sama historia – przygotowanie przerębla oraz opuszczenie obciążonej prosiakiem stumetrowej liny na dno jeziora. Niestety, ponieważ zbliżał się zmrok, udało się wykonać tylko jedno nurkowanie tego dnia. Było ono bardzo ważne ze względów adaptacyjnych.
Wieczór upłynął niezwykle intensywnie. Pojechaliśmy do Wodziłek, do tradycyjnej ruskiej sauny tzw. banii. Sceneria była bajkowa, drewniana nagrzana chata, padający biały puch i skrzypiący pod butami śnieg sprawiły, że miejsce to na długo zapadnie w naszej pamięci. Uroku dodawał jeszcze nasz gospodarz, który wizerunkiem przypominał połączenie św.Mikołaja i Dziadka Mroza.
Po dotarciu do Sienkiewiczówki wieczór upłynął na shishy oraz przygotowaniach sprzętu do jutrzejszego mojego nurkowania na 100m. (opis tego nurkowania w odrębnej relacji)

Niedziela – dzień III

Obudziła nas piękna wyżowa pogoda i słońce wdzierające się w każdą wolną przestrzeń.
Po śniadaniu odprawa, podział ról, przypomnienie procedur awaryjnych oraz pakowanie sprzętu do samochodów. Tego dnia wszystko szło z górki a nie jak w dniach poprzednich pod górkę – nawet pogoda okazała się łaskawa było juz tylko -14 C 🙂
Po dotarciu na miejsce – tutaj trzeba wspomnieć, że Dziunia była również z nami – przystąpiliśmy do realizacji nurkowań. Jakub G. i Bartek tak się rozochocili, że po 30 minutach pobytu, linowy musiał wyciągać ich z wody – temperatura 4 C nie okazała się dla nich problemem.
Mnie również udało się przeprowadzić bezpiecznie zaplanowane nurkowanie i osiągnąć głębokość 103 m!

Kolejna para tj. Wojtek i Eryk, również już doświadczona wcześniejszymi nurkowaniami wzorcowo przeprowadziła to nurkowanie.
Po kliku pamiątkowych zdjęciach, zabezpieczyliśmy przerębel tak, by nie stwarzał zagrożenia i udaliśmy się do naszego miejsca noclegów.
Tutaj oczywiście czekał obiad (kotlety z dzika) i znów ociężali rozpoczęliśmy pakowanie ogromu sprzętu. Około godz 17.30 wyruszyliśmy w podróż powrotną, by o 3:40 nad ranem dotrzeć do Jaworzna.

Podsumowując wyjazd uważam, że były to trzy dni spędzone w bardzo aktywny i nietuzinkowy sposób. Z wyjazdu każdy wywiózł godziny przepełnione śmiechem oraz, co ważne, nowe doświadczenia nurkowe i niezbędną wiedzę. Myślę, że za rok znów wrócimy w to piękne miejsce, może już w nieco szerszym gronie.

W tym miejscu chciałbym podziękować Asi, Magdzie, Erykowi, Jakubowi, Bartkowi i Wojtkowi za stworzenie niepowtarzalnej atmosfery oraz pomoc w realizacji także moich planów.

Kuba